Well-dressed mind

Moda nie wyklucza myślenia.

myśli nieuczesane

  • wtorek, 17 września 2013
    • Modowa odsłona Blog Experts

      Bardzo chciałam napisać entuzjastyczną recenzję ze spotkania z blogerami modowymi w ramach krakowskiego Blog Experts. Że dużo ludzi, ciekawe pytania, burzliwe dyskusje. Niestety nie mogę, ponieważ nic z tego nie miało miejsca. Może się czepiam jak stara baba...? Możliwe też że szłam na panel dyskusyjny ze zbyt wygórowanymi oczekiwaniami... Ale jeśli  się w jednym miejscu gromadzi się tak fajnych blogerów jak np. Ryfka z szafasztywniary.blogspot.com , Gabriela Francuz z streetfashionincracow.pl  czy Dawid z secondhand-dandy.blogspot.com,  to chyba można oczekiwać modowo-intelektualnych fajerwerków. A zamiast tego był raczej smętny niewypał. Prowadzenie panelu pozostawiało dużo do życzenia, a i organizacyjnie nie było najlepiej (standardowa obsuwa, problemy techniczne, no i grzech niewybaczalny - brutalne zakończenie spotkania, gdy wreszcie zaczęło być ciekawie, bo do mikrofonu dorwała się nielicznie zgromadzona publiczność). Tematy poruszane w trakcie panelu były dość tendencyjne. Zaproszeni goście mówili o tym co jest dla nich ważne w blogowaniu, jak się wyróżnić na tle innych blogów oraz o destrukcyjnej sile reklamodawców i giftów. Mimo wielkiej sympatii dla panelistów, nie wniosło to nic nowego do mojego stanu wiedzy. O, przepraszam, jeden wniosek mnie rozbroił. Dowiedziałam się bowiem, że "Kraków jest mekką blogerów modowych". Nie wiem niestety na jakiej szalonej podstawie został on wysnuty...

      Przyznaję, jestem nieco rozczarowana panelem dyskusyjnym z blogerami modowymi. Wierzę jednak, że miałam po prostu pecha, a pozostałe wydarzenia w ramach Blog Experts były ciekawsze...Na to przynajmniej wskazują recenzje, które znajduję w internecie.  

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Modowa odsłona Blog Experts”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      well-dressed_mind
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 września 2013 11:01
  • sobota, 22 czerwca 2013
    • O polskim złym guście gorzkich słów kilka

      Znacie profil faszyn from raszyn? Na pewno. Bawi Was to? Mnie nie. Mnie wkurza. I to solidnie. Każde kolejne zdjęcie przybliża mnie do momentu w którym wytoczę wojnę złemu stylowi na polskich ulicach. Prawdziwą , bezwzględną krucjatę. I rozstąpi się morze za ciasnych leginsów w panterkę, przykrótkich spódnic obnażających złogi celulitu,  stringów złowieszczo łypiących znad spodni i Kubotów eksponujących brudne paznokcie.  I niczym Mojżesz wyprowadzę mój naród z
      bezgustnej niewoli.

      Mam ochotę potrząsnąć tymi wszystkimi biednymi ludźmi  i krzyknąć im w twarz:  Dlaczego to sobie robicie? Czemu z premedytacją narażacie się na śmieszność? Co popycha was do wybierania tak chorych stylizacji.

      Ktoś może się oburzyć:" hola, hola, mądralo! Nie każdego stać na modę." Zgadzam się. Niestety w większości przypadków prezentowanych na faszyn from raszyn problemem nie są pieniądze, ale brak gustu skutkujący takimi, a nie innymi wyborami „modowymi”.

      Zainteresowanie genezą złego gustu powraca do mnie ze zdwojoną siłą, za każdym razem kiedy
      jestem za granicą. Tą zachodnią oczywiście.  Na ulicach czy w metrze nie widać tam żenujących stylizacji. Są ludzie bardziej i mniej majętni, ale nikt nie nosi czarnych, plastikowych reklamówek z napisem  BOSS , a i nieśmiertelne combo skarpeta + sandał nie jest tam znane. Dlaczego więc nasze ulice bywają tak szpetne?

      Wina za taki stan rzeczy leży (w moim subiektywnym odczuciu) w braku stosownej edukacji.
      Oczywiście dobry gust można odziedziczyć i jest to sytuacja idealna. Często jednak jedyne co można dostać w spadku po przodkach to umiłowanie do muślinowych garsonek i muzyki zespołu Bayer Full.  Wierzę jednak, że dobrego gustu można się nauczyć, a rolę edukatora powinna przejąć szkoła. Skoro jest czas na naukę budowy maski tlenowej, to może należy też stworzyć warunki do nauki estetyki. Choćby w ramach lekcji plastyki. Bo kto z nas może się pochwalić rzetelnie prowadzonymi lekcjami tego przedmiotu? Mój pan od plastyki kładł na biurku zmiętą szmatę, nadgnite jabłko oraz kubek z długopisami, kazał nam malować tzw. martwą naturę, po czym na 90 minut znikał w kantorku. A mieszkam w tzw. mieście kultury i można było
      przynajmniej raz w miesiącu udać się do którejkolwiek galerii sztuki czy muzeum, których mamy co najmniej setkę. Ignorancki stosunek nauczycieli przedmiotów artystycznych do swoich lekcji jest wyraźnym sygnałem dla dzieci (i młodzieży), że to nie są ważne sfery życia i nie należy
      im poświęcać znacznej uwagi. Tym samym estetyka (rozumiana np. jako umiejętność odróżniania tego co ładne, wartościowe) schodzi na dalszy plan. A przecież dziś szkoły dysponują o wiele lepszym zapleczem multimedialnym i przygotowanie ciekawych lekcji z szeroko pojętej estetyki nie stanowi problemu nawet w mniejszych miastach. Oporem może być tylko system. Trzeba przyznać, że w porównaniu do innych krajów, poziom edukacji w Polsce jest bardzo wysoki, a zasób wiedzy przeciętnego polskiego 12-latka znacznie przekracza wiedzę jego rówieśnika np.
      z Wielkiej Brytanii. Jednak choć znamy wzór na pole trapezu i wiemy co jest stolicą Nigerii, przegrywamy gdy chodzi o zachętę do poszerzania horyzontów, kreatywność, otwartość na świat.  My uczymy się od A do Z. Nic więcej. Mamy wpojone, że wykraczanie poza schematy raczej się
      nie opłaca, lepiej być przeciętnym, lekko asekuranckim, korzystać z gotowych rozwiązań.

      Wiem, że Polska to  nie Stany, a szkoła to nie BH 90 210. Nie liczę też, że nagle polskie ulice zaczną przypominać lokacje z SATC. Tu nie chodzi o wielką modę. Chodzi o czystość, schludność, dopasowanie stroju do sylwetki i przekonanie, że to jak wyglądamy to świadectwo nas samych.
      Od tego wszystko się zaczyna.

      Na koniec zdjęcie z mojej niedawnej wizyty w Londynie. Dzieci na tzw. lekcji muzealnej w
      Fashion Gallery (V&A)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      well-dressed_mind
      Czas publikacji:
      sobota, 22 czerwca 2013 21:13
  • środa, 05 czerwca 2013
    • Wokół Nowej Mody Polskiej

      Wiecie co? Odnoszę wrażenie, że moda, jako temat wykraczający poza kolorowe obrazki fajnych fatałaszków nikogo nie interesuje. Zdaje sobie sprawę, że to dość radykalna teza i na moją głowę
      mogą posypać się gromy, ale zanim pierwszy rzuci kamieniem, posłuchajcie skąd ta moja teoria. Jakiś czas temu, w ramach miesiąca Fotografii w Krakowie, odbyło się spotkanie wokół książki Nowa Moda Polska. Obecni byli: Marcin Różyc (autor), Wojciech Onak (Polygon) i Jagoda Murczyńska (teoretyk mody) oraz ... bardzo nielicznie zgromadzona publiczność.

      Idąc na spotkanie byłam przekonana, że nie uda mi się wcisnąć do sali, nie mówiąc już o dorwaniu wolnego stołka. Jednak po swobodnym przekroczeniu progu moim oczom ukazał się smutny widok garstki, dosłownie garstki osób. To dość dziwne, a wręcz niepokojące. Książka może się podobać albo i nie. Ja sama mam duże wątpliwości związane z jej zawartością: zakresem i podejściem do tematu. Jednak trzeba przyznać, że jest ona jednym z niewielu opracowań poświęconych współczesnej polskiej modzie, które aspirują do miana naukowych. Była dość mocno promowana, sam autor jest znany w kręgach osób interesujących się modą i osobiście uważam, że należy tę książkę przeczytać.  Dlaczego więc spotkanie z autorem ( i dwójką pozostałych, równie nieprzypadkowych gości) okazało się nie być wystarczająco atrakcyjnym wydarzeniem dla krakowskich faszonistów? W pierwszej chwili winy doszukiwałam się w samym miejscu wydarzenia. (Kraków - z pozoru duże miasto - mimo wszystko nosi znamiona prowincji.)  Jednak pamięć podsunęła mi pokazy mody organizowane w ramach Cracow Fashion Week (tiaa....było coś takiego...), które przyciągały rzesze ludzi - od szafiarek aż po samozwańcze Anny Wintour. Nie jest więc tak, że wydarzenia związane z modą nie znajdują zainteresowania. Może więc chodzi właśnie o sposób podejścia do tematu. Może moda w ujęciu naukowym przestaje być sexy? W końcu wymaga zaangażowania intelektualnego i pewnej dawki wiedzy z zakresu historii czy nauk społecznych. Blogosfera zdaje się potwierdzać moją tezę - liczba blogerek traktujących modę jak coś więcej niż ładne ciuchy jest niewspółmierna do liczby np. szafiarek. Niewiele lepiej dzieje się na półkach księgarń i bibliotek. Znajdujemy tam liczne biografie projektantów, piękne albumy z fotografiami, kompendia i poradniki stylu, ale o rzetelne, naukowe badania w tym zakresie jest trudno. Brak opracowań historycznych, socjokulturowych, marketingowych, ekonomicznych (tak, moda to też ekonomia).

      Powód takiego stanu rzeczy jest oczywisty - Polska dopiero uczy się mody i powoli nadrabia zaległości w postrzeganiu tego tematu. I trzeba przyznać, że jesteśmy na dobrej drodze do zmiany percepcji mody: z fanaberii dla bogatych na element składowy kultury narodowej czy dziedzinę mającą realny wpływ na PKB.  Pojawiają się liczne wydarzenia o charakterze quasi naukowym/ rozpatrujące modę z mniej oczywistego punktu widzenia (Media.Moda.Wizerunek, Strój-zwierciadło kultury, Fashion Film Festival), ludzie z kręgów akademickich zaczynają dostrzegać zjawiska modowe w nieoczekiwanych kontekstach (rewelacyjny, choć bardzo odważny projekt Karoliny Sulej - polecam wykład na TEDxWarsaw), powstają nowe publikacje, prowokujące do dyskusji o obszarach mody  (choćby przywołana tu na samym początku Nowa Moda Polska). Pozostaje pytanie czy to naukowe podejście do mody będzie interesujące tylko dla reprezentujących go zapaleńców? Czy uda się przekonać np. instytucje rządowe lub oświatowe, a także zwykłych ludzi że moda to coś więcej niż kolorowe ciuszki? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wokół Nowej Mody Polskiej”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      well-dressed_mind
      Czas publikacji:
      środa, 05 czerwca 2013 22:48
  • sobota, 21 lipca 2012
    • Wyznania byłej manelary*

      Styledigger napisała posta, którego dawno bym sama napisała, gdyby nie to, że już został napisany:) Podobne refleksje towarzyszą mi od dłuższego czasu. Jednak w przeciwieństwie do koleżanki, nie uważam, żeby były one wynikiem prowadzenia bloga. Myślę, że po prostu się starzeję:) Ostatnio z przerażającą wręcz łatwością pozbywam się ciuchów. Bez wcześniejszego skrępowania opróżniam szafę i  wyrzucam rzeczy: których nie miałam na sobie dłużej niż rok, które nie do końca lubię, które mają drobne mankamenty (zmechacenia, przetarcia, odprucia itp). Bez bólu. Bez cierpienia. Bez sentymentów. 

      Nic nie zapowiadało aż tak dramatycznego rozwoju wypadków. Po prostu, któregoś dnia zauważyłam, że mam za dużo ubrań, i męczą mnie już zakwasy rąk i nóg od zamykania szafy na tzw. docisk. Pomyślałam więc, że dobrym wyjściem jest wprowadzenie zasady "1 in - 1 out", a więc zakup każdej nowej rzeczy wiąże się z wyrzuceniem jednej starej. Szło mi nieźle. Ale po pewnym czasie zamiast wyrzucać jedną, wyrzucałam kilka. I nie bolało. Ba! Było nawet przyjemne. Odkryłam nowe przestrzenie w szafie, a odzyskane wolne miejsce sprawiało, że ubrania przestały się kumulować i miąć. Równocześnie, przeglądając rzeczy skazane na bezwzględną utylizację uświadomiłam sobie jak nietrwałe są ubrania zakupione w sieciówkach i jak niewspółmierna jest ich cena do jakości. Szlag mnie trafiał kiedy musiałam pozbyć się bluzki z Zary (za którą dałam 99zł), bo po dwóch praniach wyglądała jak stara szmata do podłogi. Wtedy też postawiłam sobie kolejne wyzwanie: unikać sklepów sieciowych. To już nie jest już takie łatwe. Ale staram się. Nauczyłam się, że lepiej zamiast trzech badziewnych ciuchów z H&M, mieć jedną lepszą i trwalszą. A dobra jakość to po prostu dobra inwestycja. Mniej znaczy więcej. Przestałam też wyczekiwać sezonowych przecen i nałogowo odwiedzać sklepy z tanią odzieżą. Zauważyłam, że motywem większość decyzji zakupowych było przekonanie: "Na pewno kiedyś się przyda" oraz "Za taką cenę, żal nie kupić."  Nie muszę dodawać, że zakupione rzeczy rzadko się przydawały, za to pięknie zalegały w szafie, stając się pożywką dla moli.

      I tak, od pewnego czasu kupuję mniej, ale za to rozważniej i bardziej świadomie. Moda nie wyklucza myślenia:)  Stałam się też bardziej wybredna. Coraz więcej wizyt w galerii handlowej kończy się smutną konstatacją: "Nic w tych sklepach nie ma!".  Coraz częściej nie mam wręcz ochoty na zakupy. Może to efekt postępującej choroby psychicznej, ale cieszy mnie to, bo nowe nabytki, jeśli już się w mojej szafie pojawią, to są idealne: jestem do nich w 100% przekonana, leżą tak jak powinny, a z racji nieco lepszej jakości starczają na dłużej. I co ciekawe, wcale nie przeszkadza mi fakt, że mając mniej ubrań, muszę te same rzeczy nosić częściej.

      Powoli staję się minimalistką. Nie chodzi tylko o styl ubrań, które kupuję. Chodzi też, a może przede wszystkim o podejście do życia. Kiedy odkryłam Prosty Blog okazało się, że takich "freaków" jak ja jest więcej i co ciekawe są nawet bardziej radykalni w swych poglądach. Skrajnie ortodoksyjną minimalistką nigdy nie będę. Za dobrze siebie znam:) Jednak naprawdę miło jest ograniczać konsumpcyjne popędy w możliwym dla siebie zakresie na rzecz innych wartości.  To nie jest proste, popularne ani modne. No bo kto dziś, przy tej mnogości i różnorodności produktów świadomie się ogranicza? Dlaczego mam nie kupować, skoro mogę? Po co tracić czas na zadawanie sobie pytania "Czy to naprawdę jest mi potrzebne"? Trudno ignorować fakt, że żyjemy w czasach, kiedy stan posiadania nadaje ludziom tożsamość, dookreśla ich i wyznacza pozycję społeczną. I po prostu fajniej jest mieć niż nie mieć.  Ale mimo to coraz częściej do głosu dochodzą wszelkie ruchy typu "slow" i w moim odczuciu, również minimalizm będzie stopniowo rósł w siłę jako wyraz buntu przeciwko rozbuchanemu konsumpcjonizmowi oraz odpowiedź na kolejne fale kryzysu finansowego. Ja zaczęłam od porządków w szafie i zmiany podejścia do nowych zakupów. I wierzcie lub nie, ale to naprawdę nie jest takie trudne. 

      *Doszły mnie słuchy, że słowo "manelara" nie jest powszechnie znane...Już tłumaczę. Manelara to osoba płci żeńskiej charakteryzująca się silną tendencją do kupowania oraz gromadzenia (często niepotrzebnych) rzeczy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      well-dressed_mind
      Czas publikacji:
      sobota, 21 lipca 2012 22:16
  • środa, 11 lipca 2012
    • Skok w przyszłość

      Czy zastanawialiście się kiedyś, jak dzisiejsza moda będzie opisywana za 20-30 lat? Jak w kolejnych wydaniach "historii mody" charakteryzowany będzie początek XXI wieku? Który z obecnych trendów okaże się być na tyle trwały i wpływowy by znaleźć miejsce w almanachach stylu za 20 lat?

      Dziś wydaje nam się, że mody zmieniają się z sezonu na sezon, że przy miłościwie panującej idei fast fashion nie ma mowy o trendach trwalszych niż pół roku. Jednak muszą istnieć ogólne meta-trendy, spinające większy przedział czasowy i nadające im ton. Nie chwilowe mody, ale tendencje które potrzebują czasu, by powstać, w pełni ukształtować się i utrwalić na tyle silnie, by nadawać charakter modzie całej dekady. Trendy nie ad hoc'owe, ale mocno osadzone w szerszym poza-modowym kontekście, takim jak zmiany społeczne, sytuacja gospodarcza czy rozwój nowych technologii. Zdaję sobie sprawę, że zbyt głęboko tkwimy w tym co tu i teraz, by jednoznacznie określić takie rodzące się czy istniejące już trendy. By ocenić historię, by móc spojrzeć wstecz i pokusić się o analizę niezbędny jest dystans.

      Ale co jeśli niecierpliwość i natura dociekliwego upierdliwca bierze górę? :) Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie jaka jest współczesna moda i jakie tendencje wyznaczają jej charakter, bez wątpienia wskazałabym na minimalizm, który od dawna umacnia swą pozycję nie tylko w modzie, ale także w architekturze czy nawet sposobie podejścia do życia. Na wybiegach, w zasadzie co sezon pojawiają się kolekcje utrzymane w duchu minimalizmu. Monochromatyczne barwy, oszczędność i surowość form, brak zbędnych dodatków to cechy charakterystyczne, które sprawiają też, że stroje często pełnią rolę ubrań unisex. 

      Inną tendencją, która może zostać zauważona przez przyszłych kronikarzy mody jest XXI-wieczny eklektyzm, a więc łączenie ze sobą pozornie nie pasujących do siebie elementów. Od dłuższego czasu możemy obserwować przełamywanie dotychczasowych zasad i wychodzenie poza tradycyjne schematy myślenia o modzie. Powszechne staje się zestawianie ubrań z różnych konwencji, czego efektem jest pozorna niedbałość stroju. (sformułowanie "niedbały szyk" na trwałe zagościło w języku mody) Dziś większość "modnych" stylizacji, zwłaszcza tych które obserwujemy na blogach czy zagranicznych ulicach wygląda, jakby tworzone były na wielkim kacu. A jednak, paradoksalnie, mają sens. Ot taka, zamierzona przypadkowość. Przykładów tego eklektyzmu jest całe mnóstwo. Sportowe obuwie do garnituru, spodnie od dresu do szpilek, t-shirt do eleganckiej spódnicy, kozaki do letnich szortów, ciężka, skórzana kurtka do zwiewnej sukienki, itd... Podobnie jest z kolorami i wzorami, które swobodnie dziś łączymy, a jeszcze 10 lat temu byłoby to oznaką co najmniej złego gustu. Kratka do kropek? Proszę bardzo! Różowy z czerwonym w myśl color blocking? Oczywiście! Czemu nie?! Nasze podejście do mody staje się coraz bardziej liberalne. Coraz mniej dosłownie ją traktujemy, czego przykładem jest wspomniany eklektyzm. Nie żebym była Li Edelkoort, ale coś czuję , że ta tendencja zagości na dłużej. 

      Fantazjuję i wybiegam w przyszłość? W końcu to "historia nas oceni". Ale miło będzie wrócić za 20 lat wspomnieniami do tej chwili i przekonać się jak bardzo się myliłam:) A może wcale?

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      well-dressed_mind
      Czas publikacji:
      środa, 11 lipca 2012 13:13